Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
13.07 (czwartek – dzień 15)  Pod przełęczą Sengi La

Wszyscy już wyruszyli w dalszą trasę, a my ciągle czekamy na Seringa, który jeszcze nie wrócił ze wsi. Wreszcie w oddali na ścieżce pojawia się jakiś punkcik i szybko zmierza w naszą stronę. Chociaż mocno spóźniony, Sering stanął na wysokości zadania – pod pachą przytargał pożyczony prymus (tylko za 300 R). Zadbał też o paliwo do niego, bo nasze  zupełnie nie nadaje się do tutejszych maszynek. Przekraczamy potok, po jego drugiej stronie zostawiamy Potoksar i podchodzimy pod górę, w kierunku przełęczy Sengi La. Pogoda wyraźnie się psuje. Chyba goni nas wczorajsza mgła i mżawka. Mijamy przełęcz Bumitse, z której rozpościera się przepiękny widok na Sengi La, zamykającą wielką, szeroką dolinę, którą będziemy przemierzać cały dzień. 



Po przejściu połowy doliny napotykamy 4 strumienie, rozlewające się szeroko w poprzek naszej drogi. Wreszcie przydałyby się buty, na których kupno nie zdecydowaliśmy się przed wyjazdem. Na szczęście woda nie jest zbyt wysoka i można je przeskoczyć bez testowania sandałów, bo to średnia przyjemność moczyć nogi w lodowatej cieczy. Wojtkowi się, niestety, nie udało przejść po kamieniach suchą stopą. 



Ponieważ zmoczył nogi, więc krótka chwila przerwy na zmianę skarpetek. Marysię przeprowadził Sering, brrry..... jak on wytrzymał w tej lodówce. Niby trasa niezbyt trudna, a do podnóża przełęczy Sengi La Base Camp (Nort – 4750m) docieramy skonani. Na szczęście w tea shopie (solidna konstrukcja kamienna zwieńczona, jak zwykle, dachem ze spadochronu) serwują pyszną gorącą herbatę i to w dużych szklankach. Rozbijamy namioty, ale ze względu na kiepską aurę (wiatr, mżawka i przenikliwy ziąb) obiad gotujemy w tea shopie – tym razem spagetti z sosem bolońskim. Sering kiepsko wygląda i tak się też czuje – moczenie stóp w zimnych potokach nie wyszło mu na dobre. Bez protestu przyjmuje od nas gripex. Sama jestem ciekawa, jak na niego podziała, ale chyba nie jest źle, skoro przed snem poprosi o jeszcze jedną tabletkę. Wojtek konstruuje zmyślną suszarkę do butów – w bocznych ściankach dwóch puszek (chyba pamiętały groszek konserwowy) nawierca liczne dziury, upycha te puszki w cholewkach butów i wkłada w nie zapalone świeczki (buty do rana mu prawie wyschły). Smaruje sobie jeszcze na noc zmęczone i nadwyrężone wcześniejszym złamaniem kolano specjalną maścią.



Na widok tubki z maścią ożywia się staruszek drzemiący w kącie namiotu. Wierzy w cudowną moc naszej maści i smaruje sobie wszystko, co go boli i co ma pod ręką. W tym całym zmęczeniu i kiepskim samopoczuciu Sering zapomniał o wieczornej strawie dla osiołków. Być może dlatego wychodząc z tea shopu walnęłam głową w ośli łeb, który wyczekiwał cierpliwie przed derką osłaniającą wejście. W nocy budzą nas hałasy i do namiotu zagląda Sering z poganiaczem poznanym wczoraj w tea shopie – czy nie wiemy, gdzie są nasze i jego osiołki. Oczywiście, że nie wiemy. Nigdzie w pobliżu ich nie było, jednak ze względu na zalegające ciemności odkładamy poszukiwania do rana. Zdążyliśmy jeszcze zauważyć, że pogoda wyraźnie się załamuje.

Dalej

 


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (22 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=