Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
16.07 (niedziela – dzień 18)  Pod Hanuma La

Opuszczamy tea shop w pod gompą w Lingshed i idziemy dalej. Przechodzimy na skróty przez obrzeża Lingshed i zmierzamy na zachód, wzdłuż potoku. Trasa biegnie mniej lub bardziej pod górę, ale jest łatwa – właściwie wiedzie szerokim duktem, na którym widnieją ślady opon samochodowych. 



Zero czegokolwiek, co rzucałoby chociaż ułamek cienia. Docieramy do drewnianego mostu, przerzuconego nad potokiem – pyszna woda! Po drugiej stronie, na lekkim wzniesieniu jest już Roofless Shelter – płaski kamienisty teren ze śladami po rozbijanych tu namiotach. Jednak po Seringu nie ma nawet śladu. Ponieważ go nie mijaliśmy po drodze, mógł zrobić, niestety, tylko jedno – pójść dalej. Tylko w którą stronę? Są, niestety, aż dwie możliwości – na zachód lub na północ. Rozglądamy się po okolicy i nic nam nie podpowiada, który ze szlaków mamy wybrać. Jak nigdy przydaje się nam w tej sytuacji nasz kompas i trakkingowy przewodnik, bo teraz, kiedy nie ma Seringa i brak znaków, sami musimy sobie radzić. Pomstując na pospiesznego Seringa, po długich dyskusjach, wybieramy drogę w kierunku północnym. Tak śmiesznej drogi jeszcze nie przerabialiśmy. Idziemy wzdłuż zbocza pooranego licznymi żlebami. Po lewej stronie widzimy dolinę z Lingshed i jego północnymi przyległościami, przed sobą, po prawej stronie i za sobą – kolejne fragmenty zbocza góry, którą obchodzimy. W każdym zagłębieniu żlebu ścieżka zmienia się w grząską, błotnistą paciaję, w której toniemy po kolana. I tak w nieskończoność. No prawie, bo w końcu te meandry żlebów się kończą i ścieżka biegnie zdecydowanie w górę, przecinając trawiasty stok. Nawet przyjemnie, tylko w ogóle nie wiemy, co przed nami – jak to w górach. Kiedy docieramy do załamania tej trawiastej równiny, okazuje się, że ciągnie się ona dalej pod górę, do kolejnego załamania. My sami byliśmy już bliscy załamania, kiedy się to wreszcie skończyło i zrobiło się bardziej płasko. Ale w dalszym ciągu lekko pod górę. I nic, co pozwoliłoby się zorientować, ile jeszcze mamy do przejścia – kompletna beznadzieja. I nagle stop – teren gwałtownie się urwał i pod naszymi stopami rozciągnęła się w lewo i prawo, daleko, daleko w dole, przepiękna, skąpana w słońcu i zieleni, dolina. Po jej drugiej stronie, na lewo, widać było zygzaki naszego kolejnego etapu – przełęczy Hanuma La.



Super, tylko jak zejść do tej doliny? Rozglądamy się bezradnie – żadnej ścieżki. Nawet sturlać się nie można, bo stromo jak nożem uciął i straaaaasznie daleko. I kiedy tak rozglądamy się bezradnie wokół, spostrzegamy w dole malutki punkcik, który się pojawił zza załomka skalnego i zaczął do nas intensywnie wymachiwać – ani chybi, był to pospieszny Sering, który wreszcie sobie o nas przypomniał. Machał gwałtownie w naszą prawą stronę wskazując kierunek, w którym znajdziemy sposobne zejście w dolinę. I znaleźliśmy, i zeszliśmy. Nie wiemy, jak się ta dolina nazywa, ale my nadaliśmy jej nazwę Świstakowa Dolina, bo takiego urodzaju świstaków nie widzieliśmy jeszcze nigdy. Duże, leniwe, wylegiwały się na pokrywających dolne zbocze doliny kamieniach. 



Od czasu do czasu świsnęły, a czasem nawet gwizdnęły, ale nawet na moment nie zmieniały swoich pozycji. Przechodziliśmy obok nich w odległości kilku metrów – prawdziwy świstaczy raj. Zeszliśmy na dół w zachodnim końcu doliny.




Musieliśmy ją jeszcze przemierzyć wzdłuż, do jej wschodniego końca, gdzie stał zamknięty już o tej porze tea shop, obok którego Sering rozłożył nasze klamoty. Koryto potoku biegnącego wzdłuż doliny było zupełnie suche, ale w jednym miejscu, przy samym zboczu, wydobywała się woda, więc nie było problemu. W dodatku w dole, za tea shopem, też huczał spory potok, wody więc było pod dostatkiem. Huczał też wiatr, który przewalał się wzdłuż doliny tam i z powrotem. Do chaty tea shopu przylegał namiot-spadochron, pod którym znajdowała się kuchnia. 



My rozstawiliśmy namioty, a Serign rozlokował się właśnie w tym namiocie. Kiedy tam zajrzałam, miał wyraźny problem z rozpaleniem ognia pod kuchnią. Przejęłam sprawę kuchenki w swoje ręce – wyrzuciłam z niej popiół i przeczyściłam ruszty. Sering pozwolił wziąć dwa patyki ze sterty, którą sobie uszykował chłopak prowadzący tea shop. Zasadniczym opałem były ośle, dobrze wysuszone kupy zgromadzone za namiotem. Dym z kuchenki najpierw próbował zamieszkać z nami w namiocie, ale na szczęście się po jakimś czasie wyprowadził przez dziurę w dachu na zewnątrz. Spędziliśmy miły wieczór, nawet udało nam się namówić Seringa na kisiel. 



Osiołki zostawiliśmy nie spętane, no bo gdzie można uciekać z takiej doliny?

Dalej


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (16 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=