Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa

04.07 (wtorek – dzień 6)  Przez Chang La nad Jezioro Pangong

Skoro świt, o godzinie 7, pakujemy się do jeepa, który podjechał pod hotel. 



Naszym kierowcą jest Tenzing - młody, sympatyczny, bardzo pomocny i mówiący po angielsku. Żegnamy obsadę Kani-ka i ruszamy nad jezioro Pangong. 



Przed nami 145 km jazdy. Mijamy Shey i Trikse fotografując gompy z daleka. W Karu skręcamy w lewo, w Chemre Valley. Jedziemy jej prawym zboczem, coraz wyżej, drogą zbudowaną przez wojsko, w stronę przełęczy Chang La (5270 m npm.). Drogę wydłużają nam liczne postoje czynione na naszą prośbę, by sfotografować kolejne góry, zbocza, jaki i świstaki. 

Na przełęczy dość chłodno, ale bez żadnych kłopotliwych dolegliwości z powodu wysokości.
 


W tea shopie pijemy w miłym towarzystwie miejscowych bywalców kawę z mlekiem i herbatę z masalą. Za przełęczą przymusowy postój - spadające kamienie uszkodziły drogę i spędziliśmy ponad godzinę obserwując pracę licznej ekipy remontowej nadzorowanej przez dwóch wojskowych inżynierów. Brygadę remontową stanowili specjaliści od układania dużych kamieni, średnich kamieni i drobnego miału, specjaliści od polewania tego, co ułożono, lepikiem typu rozgrzana w beczce smoła oraz specjaliści od wyrównywania tego wszystkiego walcem. 



Ponieważ dysponowali tak wyspecjalizowanym sprzętem, jak młotek, przy okazji wyprostowali nam kilka powyginanych szpilek od namiotu. Tenzing kucnął i przeczekał to wszystko w typowej dla Tybetańczyków pozycji - w kucki na pełnych stopach. Kiedy już uklepano kawałek na szerokość samochodu, pozwolono nam przejechać. Zatrzymaliśmy się na dłużej w Durbuk, żeby rozprostować kości i zjeść obiad w knajpce zaprzyjaźnionej z Tenzingiem. Stąd jeszcze 45 km, czyli ponad godzina jazdy. W końcu docieramy nad Pangong Tso. 



Jest piękne - szmaragdowy kolor, cudownie przezroczyste, otoczone tybetańskim krajobrazem. Tylko tam, skąd przyjechaliśmy, bielą się ośnieżone szczyty. Baja! Jest też słone. Wieje, niestety, bardzo silny wiatr i zniechęca nas do rozbicia namiotów nad jeziorem. Idąc za radą Tenzinga wracamy i po przejechaniu kilku kilometrów rozbijamy obóz pod wiszącą skałą wśród meandrów małego potoku.
 


Na tym totalnym odludziu, nie wiadomo skąd, pojawia się 10-letni chłopczyk i pobiera od nas opłatę za obozowanie, chyba po 30 R za namiot. Z trudem rozpalamy ogień w prymusie i, osłaniając go wszystkimi karimatami i samochodem, gotujemy wodę na zupki i kisielki. Po godzinie 20 już jesteśmy w namiotach i próbujemy usnąć. Jesteśmy na wysokości 4500 m npm i staramy się usilnie złapać pełny oddech.

 

Dalej

 


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (9 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=