Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
30.06 (piątek – dzień 2) Z Delhi do Leh

O godzinie 2 w nocy jesteśmy w Delhi. Wymieniamy pieniądze na lotnisku - ja chyba 130 euro, inni po 150 USD. Wojtek namawia nas do opuszczenia klimatyzowanej hali, co czynimy skuszone możliwością zapalenia papierosa. Zderzamy się ze ścianą gorącego, wilgotnego powietrza. Nie do wyobrażenia! Na ścianach budynku wielkie (no może nie aż tak), w kolorze jasnego muru, gekony siedzą i czekają na zdobycz - muchy, komary itp.

Przemieszczamy się za 5 rupii autobusem na lotnisko krajowe. Tam nas kontrola tak przetrzepała, że tracę wszystkie zapalniczki i zapałki. Koszmar jakiś!. Znowu czekamy na nasz lot, chyba 2 godziny. Na lotnisku pełno policji, jak już wszedłeś (oczywiście z ważnym biletem), nie ma odwrotu, na zewnątrz cię już nie wypuszczą. Planowy odlot o godzinie 6:30 (już czasu indyjskiego). Lecimy 1 godz.15 min. W samolocie bardzo miła, młoda obsługa. Dobrze nas nakarmili, znowu wybraliśmy wegetariańskie dania. 



Lecimy na Himalajami,




nad jeziorem Pangong i nad doliną Chemre (potem tam pojedziemy).

Przed godziną 8:00 lądujemy w Leh, na wysokości 3500 m npm. 



Dość długo czekamy na bagaże na małym lotnisku. Trochę przerażeni, że zaraz da o sobie znać choroba wysokogórska, wypełniamy formularze pobytowe. Odbieramy bagaż i wychodzimy na zewnątrz. Mimo, że wiedzieliśmy, gdzie chcemy nocować (Nangyal Guest Hous w dzielnicy Chunspa), to i tak dajemy się porwać Mustafie i wybranemu przez niego kierowcy. Jedziemy jeepem do hotelu Mustafy, ale nam się nie podoba i cena, i hotel. Kierowca jednak namawia nas, żebyśmy się nie zniechęcali i jeszcze pojechali z nim kawałek dalej. No to jedziemy do hotelu Kani-ka i zostajemy - 300 R za pokój 2-osobowy. 



Z łazienką i ciepłą wodą. Idziemy spać (ależ te łóżka twarde!). Wojtek w tym czasie czyni rekonesans po mieście i zawiera pierwsze znajomości. Po południu (słonecznie) idziemy wszyscy w miasto. Pierwsze pozdrowienia "julej", za którymi będziemy później tęsknić w innych rejonach Indii. Kręcimy się po centrum, czynimy rozeznanie w urzędzie pocztowym. Zajmuje on kącik w pomieszczeniu, w którym mieści się informacja turystyczna. Całe wyposażenie to stare biurko i krzesło. Kupujemy znaczki, smarujemy je klejem ze słoiczka i dorzucamy swoje listy na stosik korespondencji gromadzonej w kącie na podłodze. Idziemy na pierwszą kolację na dachu, obok punktu, w którym można kupić za symboliczną opłatę (7 R) wodę do picia. Jemy pierwsze tybetańskie dania - pierożki momo (30R) i chowmena (20R), wypijamy pierwsze lassi (15R). Ciemność zapada nagle i niespodziewanie o godzinie 20. Po kolacji wracamy do Kani-ka. Jest piątek, więc łykamy po jednej tabletce arachinu i idziemy spać. Trochę nas przytyka ta wysokość. W zasadzie wszystko jest w porządku, kiedy się poruszamy, ale kiedy kładziemy się spać, nagle zaczynamy mieć problem z oddychaniem – brakuje nam powietrza w piersi. Gwarantuje to totalne rozbudzenie, kolejne podejście do wyrównania oddechu, próbę zaśnięcia i kolejne przytkanie. Jakoś jednak usypiamy.

Dalej


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (19 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=