Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
18.07 (wtorek – dzień 20) Przełęcz Parfi La

Dzisiaj ostatnia przełęcz Parfi La (3400 m npm). Początek przyjemny - idziemy wysokim, jakby klifowym wybrzeżem rozpadliny. Ścieżka prowadzi specjalnie na skraj przepaści, z której rozpadlina prezentuje się w pełnej krasie – jej skalna, poszarpana druga strona i potok w dole. 



Schodząc zygzakiem rozdeptaną ścieżką wzbijamy tumany kurzu. Bardzo pomaga bandamka zmoczona w wodzie, którą zasłaniamy dół twarzy – nos i usta. Na samym dole idąc przez chwilę wzdłuż potoku, dochodzimy do drewnianego mostka połatanego byle jak i byle czym. 



Skoro jednak przeszły po nim wszystkie osły z naszym ładunkiem, to nie ma powodu do obaw. Za mostkiem Wojtek zatrzymuje się w „chacie zbója” na mleko, my idziemy dalej. Upał daje się we znaki, a zygzakowate podejście nie należy do najłatwiejszych. 



Ruch na trasie spory – ciągle kogoś mijamy, ciągle ktoś nas wymija. Za dużym siodłem, które z dołu pachniało kresem wspinaczki, szlak skręca na południe i pnie się dalej, ale już nie tak stromo. W dodatku zbocze porastają krzewy dające wymarzony cień. W tym cieniu odpoczywają również jaki – warunki do pasania mają znakomite - wszędzie wąskimi stróżkami ściekają strumyki wody. Gdzieś po prawej stronie w cieniu drzew stoi jurta, w której Nima i jej koleżanka napoiły Wojtka zsiadłym mlekiem (z jaka chyba), kiedy pobłądziwszy na meandrach tutejszych ścieżek wpadł nagle do ich jurty. Z właściwego szlaku jej wcale nie widać. My pod górę, a z góry schodzą konie, muły, osły, poganiacze – jednym słowem na tym odcinku podejścia panuje ruch, jak na tureckim jarmarku. Wreszcie dochodzimy do przełęczy. Zero cienia. Mały Bum Bum tylko położył się w skrawku cienia rzucanym przez jego, też leżącą ze zmęczenia, matkę. 




Bez sensu jest takie odpoczywanie, kiedy resztki sił topnieją w rozpalonym słońcu. Ruszamy więc w dół. Początek zejścia przyjemny, bo po skałkach, krętą ścieżką. Z góry widać płynący w dole szary potok Zanskaru. Schodzimy aż do jego wysokiego brzegu. I tu zaczął się horror – prosta, monotonna droga wzdłuż rzeki, zero cienia, zero wody do picia, a w dole płynie bury Zanskar. Ku przestrodze – ostatnia możliwość nabrania wody do picia była tam, gdzie pasły się jaki, ale my mieliśmy jeszcze wtedy wody pod dostatkiem. Ubyło nam jej na szczycie i potem podczas zejścia. Ustał też wszelki ruch turystyczny. Nic na horyzoncie nie wskazuje, że zbliżamy się do celu. 



Na szczęście w pewnym momencie ścieżka gwałtownie spada zupełnie nad sam brzeg rzeki i od tej pory możemy się posuwać w cieniu rzucanym przez wysoki brzeg. I kiedy nie mamy już żadnej nadziei na chociaż odrobinę czegoś mokrego, docieramy do potoku wpadającego do Zanskaru. Widok czystej, błękitnej wody spływającej z gór był dla nas czymś nie do opisania. Zapomniałyśmy o amebach, kropelkach odkażających – pochłaniałyśmy te wodę pełnymi garściami, razem z Seringiem i osłami. Wypiłyśmy chyba po litrze, wymoczyłyśmy nogi, jednym słowem odpoczęłyśmy.

Dalej


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (12 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=