Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
07.07 (piątek – dzień 9)  Lamayuru

Jeszcze raz wyruszamy po biwakowym śniadaniu do gompy. Tłumy jeszcze nie wyruszyły i jest zupełnie pusto. Uczestniczymy w porannej pudży od początku do końca i wychodzimy ze świątyni wraz z mnichami, którzy udają się na dziedziniec, aby kontynuować rozpoczęte wczoraj uroczystości. Ponieważ oprócz nas jest tylko kilku widzów, zostajemy i oglądamy rytualne tańce aż do momentu, kiedy na dziedzińcu zaczyna się robić tłoczno. Spotykamy panią Elżbietę Dzikowską, która z dwójką przyjaciół spieszy do klasztoru. Niestety, jesteśmy umówieni z Tenzingiem, więc lekko spóźnieni ruszamy do obozowiska. Pakujemy do i na jeepa nasze bagaże i wyjeżdżamy z Hemis w kierunku Leh. Po drodze zwiedzamy gompę w Shey, z 12-metrowym złotym Buddą. Spotykamy też grupkę sympatycznych turystów z Polski, którzy wpadli do Leh w ramach 2-tygodniowego urlopu. Wpadamy na chwilę do Leh, żeby zadzwonić do Polski, odwiedzić kafejkę internetową i zrobić niezbędne zakupy na targu (warzywa i owoce na trekking) 



oraz w aptece (parafina do nosa, bo jednak mamy problemy z wysuszoną śluzówką). Wpadamy też do agencji, w której wypożyczyliśmy samochód. Szef agencji informuje nas, że może nam załatwić noclegi w Lamayuru, dokąd się udajemy, u zaprzyjaźnionego guesthousmana. Korzystamy chętnie z tej propozycji. Wyruszamy z Leh w somo południe. Po drodze mijamy skrzyżowanie z drogą do Spitoku i Phiang. Zatrzymujemy się przed Nimu, aby podziwiać i sfotografować miejsce, w którym ciemny, bury Zanskar wpada do jasnego, również burego Indusu. Imponujące, przewodniki nie kłamały. 



Dwa razy zjeżdżamy z głównej drogi, żeby zwiedzić gompy w Likir
 


i Alchi.  Ta ostatnia, prawdopodobnie z XI wieku, należy do najstarszych klasztorów lamaistycznych. Szkoda, że w Alchi nie można fotografować wnętrza świątyni. Cztery ściany niewielkiego pomieszczenia są przepięknie zdobione. Musimy zadowolić się zdjęciami zewnętrznych elewacji. 



Wracamy do samochodu i jedziemy dalej. Szeroka, płaska, pustynna dolina, którą do tej pory jechaliśmy przechodzi powoli w wąwóz wyżłobiony wśród skał o tak fantastycznych kształtach, że następnego dnia wrócimy tu na piechotę, żeby obejrzeć je dokładnie i oczywiście uwiecznić na zdjęciach. Przejeżdżamy obok nich ok. godziny 19 i jest to, ze względów kolorystycznych, najwłaściwsza pora dnia dla tego miejsca. Do hotelu Moon Land, po drugiej stronie Lamayuru, dojeżdżamy już po godzinie 20. 



Niestety, mimo rezerwacji, nie ma dla nas wolnego miejsca. Właściciel hotelu obiecuje nam nocleg od jutra. Dzisiaj proponuje przechowanie naszych obfitych bagaży i nocleg w pensjonacie, który prowadzi jego krewna nieopodal. Nie mamy wyjścia – nie chcemy dłużej zatrzymywać Tenzinga, bo czeka go jeszcze samotny powrót do Leh. Żegnamy się z żalem, bo polubiliśmy się podczas tych kilku dni. Później okaże się, że już żaden kierowca wynajętego przez nas samochodu nie dorówna Tenzingowi pod żadnym względem. Wymieniamy uściski, adresy. Nawet nie przypuszczaliśmy, że po jego odjeździe poczujemy się opuszczeni i trochę bezradni. Cała obsługa hotelowa przenosi nasze bagaże do pomieszczenia gospodarczego, gdzie spędzą noc. Właściciel „Moon Land Hotel” zaprowadził nas do pensjonatu „Pod Kormoranem” i wybraliśmy sobie całkiem ładne dwa pokoje na piętrze. Jedna łazienka w korytarzu, z ciepłą wodą, była wspólna dla wszystkich gości pensjonatu. Cena została ustalona po krótkim targu z właścicielką - 350 R za pokój. Kolację jemy w pokoju – „gorące kubki” i kanapki z prawdziwego chleba na drożdżach nabytego w Leh. W dużym pomieszczeniu (po drugiej stronie korytarza), z wydzielonym aneksem kuchennym, 



spotkaliśmy przy stole turystów z Izraela. Jednym z nich był Boria, który wraz z rodzicami wyjechał z Moskwy w wieku 10 lat. Z przyjemnością rozmawiał z nami po rosyjsku. Boria przemieszczał się dostępnymi na drogach Indii środkami lokomocji (autostopem, autobusami lub pociągami) i w ten sposób zwiedzał wybrane miejsca. W jednym miejscu nie bawił dłużej niż 1-2 dni. Drugi z chłopców następnego dnia wybierał się samotnie na „nasz” trekking. Samotnie, bo w Leh bezowocnie zakończył poszukiwania współtowarzyszy do tej wyprawy. Szkoda, że nie spotkał nas wcześniej. Ruszał następnego dnia rano, z wynajętym przewodnikiem i jednym osiołkiem. Musiał się sprawnie poruszać, bo nigdzie go już na szlaku nie spotkaliśmy. Około północy zgasło po prostu światło (w Lamayuru prąd elektryczny jest „produkowany” w godzinach 19-24) i zakończyliśmy nocne rozmowy żegnając się ze wszystkimi, bo Boria również wyruszał rankiem w dalszą podróż. I znowu twarde łóżko.
 
 
08.07 (sobota – dzień 10)



Budzą mnie odgłosy dochodzące z ulicy przebiegającej pod naszym oknem. To odgłosy pożegnania poznanych wczoraj znajomych. Boria z plecakiem idzie na przystanek autobusowy, a Joel, z przewodnikiem i osiołkiem rusza na swoją trekkingową wyprawę. Śniadanie robimy sobie sami z naszego prowiantu w kuchennym pomieszczeniu. Przenosimy się jednak do „Moon Land Hotel”, bardziej z ciekawości niż z konieczności, bo „Pod Kormoranem” było bardzo przyjemnie. Bagaże zostały już przeniesione do naszych pokoi. Mościmy się w naszym nowym lokum, pierzemy (pranie schnie na naszych oczach) i idziemy do zorganizowanej pod baldachimem ze spadochronu hotelowej restauracji, gdzie zamawiamy obiad. Po południu, uzbrojeni w aparaty, udajemy się szosą w stronę gór, które mijaliśmy jeepem. 



Wybraliśmy się trochę za wcześnie i zjawiska kolorystyczne nie są tak efektowne, jak wczoraj. 



Spotykamy po drodze Sikha, kierowcę dużej, ciężarowej Taty, który został zmuszony do postoju przez pokładowy komputer zainstalowany w samochodzie. Zdaniem samochodowego „Hal-a” kierowca powinien był odpocząć. Odpoczywał stojąc obok swojego samochodu na słonecznej patelni pośród samowitych gór. Miał wszystkie 5 atrybutów prawdziwego Sikha: brodę, bransoletkę, turban i kindżał (to widać było gołym okiem) oraz niewymowne (do tego sam się przyznał). Zatrzymaliśmy się na dłużej w miejscu, skąd mogliśmy upajać się widokiem niespotykanych gdzie indziej form skalno-piaskowych. 



Upojeni i przegrzani słońcem wracaliśmy do Lamayuru, dla odmiany korytem potoku płynącego dołem wzdłuż drogi. W odróżnieniu od szosy ta trasa oferowała chociaż odrobinę cienia rzucanego przez rosnące wzdłuż rzeczki drzewa. 



Opuściliśmy koryto dopiero vis a vis gompy w Lamayuru. W tea shopie prowadzonym przez męża naszej gospodyni z pensjonatu „Pod Kormoranem” dostarczyliśmy naszemu organizmowi niezbędnych płynów i ruszyliśmy w stronę hotelu. Na przystanku autobusowym spotkaliśmy naszą gospodynię, która pełniła tu prawie całodzienny dyżur „polując” na wysiadających z autobusów turystów i oferując im gościnę. Jak udało nam się zauważyć, z powodzeniem. Staraliśmy się zainteresować zgromadzonych przy sklepie mieszkańców Lamayuru naszym trekkingiem z myślą o znalezieniu przewodnika z końmi lub osiołkami. Bez powodzenia. Przedstawionego nam rano w hotelu właściciela osiołków, który żądał wygórowanej naszym zdaniem ceny – 500 R dziennie od osiołka – odprawiliśmy z kwitkiem w nadziei, że zmięknie. Teraz tkwił również wśród zgromadzonych pod sklepem, prządł na ręcznym kołowrotku wełnę wzorem Mahatmy i czekał, aż my zmiękniemy. Co było prawdopodobne, bo nikt nie zwracał na nas uwagi. W trochę minorowych humorach podreptaliśmy do hotelu. Po kolacji pod spadochronem poszliśmy spać.

09.07 (niedziela – dzień 11)

Po śniadaniu idziemy na poranną pudżą do gompy. 



Błądzimy z Asią po krętych dróżkach wiodących stromo pod górę między gęsto usianymi zabudowaniami. Docieramy pierwsze do kaplicy i zachęcone przez jedynego mnicha odprawiającego pudżę siadamy obok niego. 



Po chwili dociera Marysia z Wojtkiem i siadają obok nas. Poddajemy się rytmowi odmawianej mantry. W trakcie pudży do kaplicy chyłkiem, żeby nie przeszkadzać, wchodzi jeszcze kilka osób. Wszyscy razem uczestniczymy do końca w pudży,  do godziny 9. Po zakończeniu wręczyliśmy mnichowi 100 R. Dzięki niestrudzonemu w nawiązywaniu nowych kontaktów Wojtkowi poznajemy pozostałych uczestników pudży – są to Rosjanie z Omska. Ich przewodnikiem jest Pasza. Przywiózł ze sobą cztery niewiasty, które zgłębiały u źródła tajniki buddyzmu. Było to bardzo miłe spotkanie i znowu mogliśmy rozmawiać po rosyjsku. Po gompie oprowadził nas mnich, który odprawiał poranną pudżę.
Po obiedzie udaliśmy się na kolejny spacer, tym razem w przeciwną niż poprzednio stronę, w kierunku doliny rozpościerającej się za naszym hotelem. 



I znowu były piękne zbocza, 



szeroki, płytki strumień, mani wall-e 



i pęki kwitnącej mięty przypominającej lawendę. 

Spotkany na trasie gospodarz pędzący 6 osiołków objuczonych sianem wydawał się zainteresowany naszą propozycja trekkingową i obiecał odwiedzić nas w hotelu o godzinie 18.



Nie odwiedził. Natomiast udało nam się już w hotelu zorganizować dojazd do Vanli, skąd postanowiliśmy rozpocząć nasz trekking licząc na więcej szczęścia w poszukiwaniu osiołków. Żeby skorzystać z okazji, która nam spadła z nieba, musieliśmy wstać o godzinie 4 rano, aby kierowca zdążył wrócić do hotelu na godzinę 6 po swoich klientów. Wieczorem rozliczyliśmy się z naszym gospodarzem, z pewnymi kłopotami, bo jego podopieczny, sympatyczny skądinąd pracownik Radżi z Manali, miał spore kłopoty w sumowaniu przejedzonych, przepitych i przespanych przez nas rupii. Kolacja, pakowanie i spać.

Dalej


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (5 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=