Om mani padme hum

Odlot
Z Delhi do Leh
Leh
Jezioro Pangong
Hemis
Lamayuru
Vanla
Kiupa La
Hanupata
Potoksar
Pod Sengi La
Gonma
Margun La
Lingshed
Pod Hanuma La
Hanuma La
Parfi La
Hanumil
Pishu
Rinam, Karsha, Pipiting, Padum
Kontakt
Księga gości
Strona startowa
01.07 (sobota – dzień 3)  Leh

 

Wstajemy rano. Zamówiony poprzedniego dnia zestaw śniadaniowy to omlety. Z jadalni mamy wspaniały widok na góry Zanskar i na szczyt Stok Kangri (6123 m npm). 

Pod czerownym daszkiem jest restauracja nad księgarnią

Po śniadaniu idziemy na dworzec autobusowy. Za 10 R docieramy do Spitoku położonego w odległości 8 km na południowy zachód od Leh. Jest tutaj gompa ufundowana przez Od-Ide w XI. 



O godzinie 10:00 słońce już w zenicie, łapie nas mały deszczyk na podejściu schodami na najwyższe poziomy gompy. Mimo upału jest całkiem rześko. Czekamy na Wojtka, który pomedytował wraz z mnichem w kaplicy i spożył poświęcony pokarm. Wąskimi, stromymi uliczkami wijącymi się między zabudowaniami klasztornymi wracamy na dół. Docieramy do wioski, w kiosku kupujemy colę i zapałki (zapalniczki i zapałki straciliśmy na lotnisku krajowym w Delhi podczas kontroli bagażu podręcznego). Koło kiosku spotykamy nauczycielkę wracającą ze szkoły. Robimy zdjęcia dzieciom. Wymieniając z nauczycielką informacje na temat jej i naszej pracy (dwoje z nas to też nauczyciele) idziemy do skrzyżowania dróg. Ona wraca do Leh, gdzie mieszka, a my chcemy dalej, do Phyang, klasztoru z XVI w. położonego w dolinie o tej samej nazwie, założonego przez protoplastę dynastii Namgyal. Stoimy na rozdrożu i stoimy - zero cienia. Na wprost nas, nad niszą, w której chcieliśmy szukać cienia, obrywa się kawał skały i spada w miejscu, w którym mieliśmy zamiar schronić się przed słońcem. Uff... Przejeżdżają autobusy, samochody wojskowe mniej lub bardziej opancerzone - nawet nie zwalniają. Po prawie 2 godzinach zabiera nas wreszcie prywatny samochód zmierzający w kierunku Kargil. Po uiszczeniu stosownej opłaty (nie uzgodnionej wcześniej, jak należy w Indiach czynić) wysiadamy na skrzyżowaniu drogi do Phyang. 




Pustynia, wokół góry, gdzieś w oddali, w dolinie, gompa. Idziemy jak po patelni - zero cienia w promieniu 20 km, prosta, pusta szosa. Długo będziemy to pamiętać!. W końcu podwozi nas jakiś kierowca wracający z pracy. Za darmo! W klasztorze pusto - wszystkich mnichów gdzieś wymiotło. Zwiedzamy, co się da zwiedzić i prażymy się na słońcu. 



Gdzieś z dołu, znad potoku przepływającego przez wioskę, dobiegają dźwięki muzyki. Postanawiamy sprawdzić, co się tam dzieje, zwłaszcza, że to coś dzieje się w cieniu drzew. Okazało się, że tego dnia w Phyang wypada święto Tse-dup. Nie tak uroczyste, jak to, które odbędzie się niebawem w Hemis, bo nie towarzyszą mu rytualne tańce masek (cam) i wywieszenie olbrzymiej thanki. To dzieje się w Phyang co trzy lata i nie dane nam było zaznać uroczystych obchodów w tym roku. Oprócz nas jest jeszcze czworo turystów z Izraela. Mnisi bawią się świetnie - tańczą, grają w karty, strzelają z łuku. I częstują nas bez ograniczeń herbatą parzoną mlekiem, z dodatkiem masali. 



Z żalem ich opuszczamy, ale chcemy zdążyć na ostatni autobus do Leh.

 
02.07 (niedziela – dzień 4)

Zjadamy śniadanie – kontynentalne, grzanki, miód, dżem, do tego Nescafe z mlekiem, oczywiście posłodzonym. Niestety, okazało się, że w autobusie, którym wracaliśmy z Phyang, zostawiliśmy nasz przewodnik Pascala. Idziemy więc na dworzec autobusowy, aby popytać, czy się przypadkiem nie znalazł. Się znalazł! I nikomu nie był na szczęście potrzebny! Wracamy do centrum przez bazar, którego zapachy obezwładniają mnie zupełnie. I do tego ten skwar! Tylko w bardzo wąskich uliczkach między straganami jest cień. 



Mam mieszane uczucia z powodu skwaru i woni dolatujących z jatek. A, i jeszcze do tego panoszący się wszędzie wątek spalinowy. Uciec stąd jak najszybciej w góry! Na razie wracamy do centrum. Czynimy rozeznanie w możliwościach połączeń telefonicznych do Polski. Są spore - prawie w każdym punkcie STD ICD PCO (konia z rzędem temu, kto wie, co te skróty oznaczają) można wykonać telefon do domu. W dodatku 2-5 minutowe połączenie to wydatek ok. 20 R. Nasze komórki, nie komunikujące się z nikim i niczym (Orange, Era i Idea), już nie spędzają nam snu z powiek. W trzech miejscowych księgarniach szukamy odpowiedniego przewodnika, z którym nie będziemy się bali wyruszyć na trekking. Jest jeden, „Trekking in Ladach”, ale właściciel chce za nią niebotyczną cenę. Próbujemy się targować, ale on jest niewzruszony. Będziemy tę księgarnię odwiedzać codziennie podczas naszego pobytu w Leh, ale niczego nie wskóramy - kupimy przewodnik po cenie wymienionej dzisiaj. 



Skoro już wdrapaliśmy się na pierwsze piętro do księgarni, to drapiemy się wyżej, na trzecie, na którym mieści się jeszcze jedna w centrum Leh restauracja na dachu. Jako dodatek do tybetańskiego menu mamy wspaniały widok zachodzącego za górami słońca i oświetlonej nim gompy w Leh.
03.07 (poniedziałek – dzień 5)

Ten dzień poświęcamy na przygotowanie wyjazdu rozpoznawczo-aklimatyzacyjnego (ciągle mamy problem ze złapaniem pełnego oddechu). Naszym celem będzie jezioro Pangong Tso. Do doliny Nubry jeżdżą lub idą wszyscy, a tam rzadko ktoś wpada. W agencji, którą Wojtek nawiedził podczas wieczornego spaceru, załatwiamy formalności - wypełniany formularze potrzebne do uzyskania przepustki w ten rejon i uiszczamy przedpłatę. Całość - samochód z kierowcą użyczony nam na 4 dni, w ciągu których pokonamy ok. 500 km, a nasz kierowca sam dodatkowo jakieś 240 km w drodze powrotnej - kosztuje nas 10 000 R. W tym 3 kartony wody do picia. Sam szef agencji, w której wynajęliśmy samochód (jeep, marki Tata oczywiście) wspierał nas w poszukiwaniu odpowiedniego paliwa do naszego prymusa. 



W końcu dotarliśmy do stacji benzynowej, gdzie nabyliśmy zwykłą bezołowiową etylinę. Po drodze odrzuciliśmy propozycje naftowe i rozpuszczalnikowe. Po południu udaliśmy się wreszcie do dzielnicy, w której nie dane nam było zamieszczać - Changspa. Bardzo miłe restauracje, w cieniu drzew (w jednej z nich spożyliśmy kolejne specjały tybetańskiej kuchni) i liczne kafejki internetowe i nie tylko. Owszem, owszem, ale strasznie tłoczno - sami turyści. Na „naszej” ulicy proporcje są zupełnie odwrotne - byliśmy jedynymi turystami. Skoro już się tak rozpędziliśmy, wspinamy się po 540 stopniach (tyle ich naliczyliśmy sami) do japońskiej gompy Shanti Stupa.
 


Szkoda, że tak późno się tu wybraliśmy (osiągnęliśmy świątynię o godz. 19), bo słońce właśnie zachodziło, a widok na Leh i okolicę jest stąd naprawdę wspaniały.

 

Dalej

 


Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (13 wejścia) tutaj!
Galeria
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=